O człowieku który idzie do lasu po drewno.
Wyobraźmy sobie człowieka, chce wybiera się do lasu drewno do budowy domu. Idzie do lasu, aby przynieść pnie drzew a powraca objuczony gałęziami i liśćmi, myśląc, że uzyskał to, o co mu chodziło. Zadowolił się korą, łykiem czy drewnem z gałęzi zamiast drewnem pni, którego poszukiwał. Czyż nie jest głupi? Tak właśnie czyni wielu ludzi. Poszukują ścieżki, która uwolni ich od smutku, trudu i cierpienia, od starości, choroby i śmierci,. Podejmują nawet tą drogę, lecz gdy tylko zauważają, że zrobili pierwsze kroki, natychmiast stają się dumni, zarozumiali. Są jak ten człowiek, który poszukiwał dobrego drewna, a zadowolił się naręczem gałęzi i liści. Jaki będzie dom który zbudują?
Ktoś zadowala się postępem, który uczynił małym wysiłkiem. Zmniejsza swe starania, staje się dumny i zarozumiały. Czyniąc tak, zyskuje tylko mnóstwo gałęzi zamiast dobrego drewna.
Jeszcze inny staje się dumny i zarozumiały, gdy zauważa, że umysł jego staje się spokojny, a myśli zyskują jasność. Zmniejsza również wysiłek i zyskuje jedynie ładunek kory zamiast drewna.
Inny zaś popada w dumę, zauważywszy, że osiągnął pewną intuicyjną wnikliwość. Zyskuje on jedynie łyko zamiast dobrego drewna.
Wszyscy poszukujący, którzy łatwo zadowalają się wynikami osiągniętymi przy niewielkim wysiłku, stając się wyniośli, zmniejszają wysiłki, popadają w lenistwo i zbaczają ze ścieżki.
Przypowieść o harfie
Pewien młodzieniec bardzo gorąco pragnął osiągnąć Oświecenie. Srona bo tak brzmiało jego imię, miał wielkie bogactwo, lecz był słabego zdrowia. Gdy został uczniem Buddy, w swej gorliwości doprowadził do tego, że stopy zaczęły mu krwawić. Oświeconemu niezmiernie żal zrobiło się młodziana.
Rzekł zatem do niego pełen współczucia:
- Mój chłopcze, uczyłeś się kiedyś gry na harfie. Wiesz, że nie można grać, jeśli struny są naciągnięte zbyt mocno lub za słabo. Aby wydobyć czysty dźwięk z instrumentu, trzeba odpowiednio napiąć jego struny. Zmierzanie ku Oświeceniu jest jak strojenie harfy. Nie osiągniesz tego, jeśli za słabo lub zbyt mocno napniesz struny swego umysłu. Bądź rozważny i działaj mądrze.
Słowa te przyniosły Sronie wielką korzyść i udało mu się osiągnąć cel.
Przypowieść o Buddzie i Kisogotami
Pewnego razu młoda kobieta imieniem Kisogotami, żona bogatego człowieka, wpadła w obłęd, po tym jak umarło jej jedyne dziecko. Wziąwszy je na ręce, chodziła od domu do domu, błagając ludzi, aby pomogli je ożywić.
Nikt nie potrafił jej pomóc, aż w końcu trafiła na jednego z uczniów Buddy, który poradził, aby udała się do Dżewatana i odnalazła Mistrza.
Kobieta przyniosła martwe dziecko przed oblicze Buddy. Ten spojrzał na nią ze współczuciem i rzekł:
-By przywrócić dziecku życie, potrzebujesz parę ziaren maku; idź zatem i poproś o cztery, pięć ziaren w domu, do którego śmierć jeszcze nigdy nie zawitała.
Płacząc z rozpaczy szła od domu do domu, ale próżne były jej poszukiwania domu, do którego śmierć jeszcze nigdy nie zawitała. W końcu przyszła znowu do Buddy. W jego obecności zrozumiała w końcu jego słowa i umysł jej rozjaśnił się na powrót. Pogrzebała ciało dziecka, tak jak to było w zwyczaju. Po czym pożegnała się ze wszystkimi i wróciła do Buddy, aby zostać jego uczennicą.
Tchnienia (Czhandogja upaniszada)
Pewnego razu spierały się tchnienia życiowe o pierwszeństwo: "Ja jestem najpierwsze - mówiły - nie, ja jestem najpierwsze".
Poszły wiec te tchnienia życiowe do ojca Pradżapata i rzekły: "Które z nas, o wzniosły, jest najpierwsze?" Pradżapati tak im odrzekł: "Po którego odejściu ciało najgorzej się czuje - to z was najpierwsze".
Wówczas mowa wyszła z ciała, bawiła rok cały daleko, a wróciwszy, zapytała: "Jak mogłyście były żyć beze mnie?" - "Jakoby nieme - odrzekły - nie mówiąc, lecz oddychając oddechem, patrząc okiem, słuchając uchem, myśląc organem myślowym". Wtedy mowa weszła na powrót w ciało.
Wówczas wzrok wyszedł z ciała, bawił rok cały daleko, a wróciwszy, zapytał: "Jak mogłyście były żyć beze mnie?" - "Jakoby ślepe - odrzekły - nie widząc, lecz oddychając oddechem, mówiąc mową, słuchając uchem, myśląc organem myślowym". Wtedy wzrok wszedł na powrót w ciało.
Wówczas słuch wyszedł z ciała, bawił rok cały daleko, a wróciwszy, zapytał: "Jak mogłyście były żyć beze mnie?" - "Jakoby głuche - odrzekły - nie słysząc, lecz oddychając oddechem, mówiąc mową, patrząc okiem, myśląc organem myślowym". Wtedy słuch wszedł na powrót w ciało.
Wówczas organ myślowy wyszedł z ciała, bawił rok cały daleko, a wróciwszy, zapytał: "Jak mogłyście były żyć beze mnie?" - "Jakoby głupie - odrzekły - bez rozumu, lecz oddychając oddechem, mówiąc mową, patrząc okiem, słuchając uchem". Wtedy organ myślowy wszedł na powrót w ciało.
Wówczas oddech, chcąc wyjść, pociągnął za sobą inne tchnienia życiowe, niczym rumak szlachetny, co, kiedy się wyrwie, ciągnie za sobą pęta i kołki. A wtedy przyszły wszystkie tchnienia do oddechu i rzekły: "Bądź najpierwszym, czcigodny! Jesteś z nas najlepszym! Nie odchodź!"
Wówczas mowa rzekła do niego: "W co ja jestem bogata, w to i ty jesteś bogaty". I wzrok rzekł do niego: "Czego ja jestem oparciem, tego i ty jesteś oparciem".
I słuch rzekł do niego: "Czego ja jestem osiągnięciem, tego i ty jesteś osiągnięciem. Wreszcie organ myślowy rzekł: "Czego ja jestem siedzibą, tego i ty jesteś siedzibą".
Nie nazywają więc ich ani mową, ani oczami, ani uszami, ani organem myślowym. Nazywają je tchnieniami życiowymi, ponieważ wszystkie one są oddechem.
Mała Rybka
- Przepraszam – rzekła jedna morska rybka do drugiej – jesteś starsza ode mnie i bardziej doświadczona, pewnie będziesz mogła mi dopomóc. Proszę powiedz mi, gdzie mogę znaleźć to co nazywają oceanem.? Szukałam już wszędzie bez rezultatu.
- Oceanem jest miejsce, gdzie teraz pływasz – odpowiedziała jej stara ryba
- To? Przecież to tylko woda... A ja szukam oceanu – odparła rozczarowana rybka, odpływając, by szukać gdzie indziej.
Przechadzka Janka
Janek spacerował ze swoim dziadkiem po Paryżu. W pewnym momencie ujrzeli szewca, którego obrażał jakiś klient, twierdząc, że źle naprawił mu buty. Szewc wysłuchał spokojnie skarg klienta, przeprosił go i obiecał prędko naprawić swój błąd.
Janek z dziadkiem zatrzymał się w kawiarni. Przy sąsiednim stoliku kelner prosił jakiegoś mężczyznę sprawiającego wrażenie bardzo ważnej osoby, aby przesunął nieco swoje krzesło, bo nie mógł swobodnie przejść. Mężczyzna obsypał go potokiem obelg i kategorycznie odmówił.
- Nigdy nie zapomnij tego, co właśnie widziałeś - rzekł dziadek do Janka. - Szewc przyjął skargę klienta, podczas gdy ten człowiek obok nas nie chciał ruszyć się z miejsca. Ludzie, którzy wykonują jakieś przydatne zajęcia, nie przejmują się wcale, jeśli są traktowani tak, jakby byli bezużyteczni. Natomiast ludzie, którzy nie robią nic pożytecznego, zawsze uważają siebie za osoby niezwykle ważne i swój brak kompetencji zasłaniają autorytetem władzy.
Popękany dzban
Pewna legenda hinduska opowiada o człowieku, który każdego dnia nosił wodę do swojej wioski w dwóch ogromnych dzbanach przytroczonych do drewnianego nosidła na jego ramionach.
Jeden z dzbanów był starszy od drugiego i był cały popękany. Za każdym razem, kiedy mężczyzna wracał ścieżką do domu, tracił połowę wody. Młodszy dzban był zawsze bardzo dumny ze swojej pracy i z tego, że nigdy nie uronił ani kropli z powierzonej mu wody.
Drugi dzban zaś się śmiertelnie wstydził, że wyciekała z niego woda i był w stanie swoje zadanie wypełnić tylko w połowy. Chociaż zdawał sobie sprawę z tego, że pęknięcia były wynikiem wielu lat wytężonej pracy. Stary dzban był bardzo zawstydzony swoją starością, że pewnego dnia, gdy mężczyzna napełniał go woda ze studni, postanowił przemówić:
- Chciałbym cię bardzo przeprosić. Jestem już bardzo stary i nie mogę utrzymać wszystkiej wody, którą mnie napełniasz...
Człowiek uśmiechnął się tylko i łagodnie rzekł:
- Kiedy będziemy wracać do domu, przyjrzyj się bacznie ścieżce, która od wielu już lat chodzimy od studni do domu. Dzban uczynił tak, jak kazał mu jego chlebodawca, i zauważył wiele kwiatów i warzyw rosnących wzdłuż drogi z jednej tylko strony.
- Czy widzisz, o ile piękniejsza jest roślinność po twojej stronie ścieżki? - spytał mężczyzna. - Wiedziałem, że masz pęknięcia, ale postanowiłem je wykorzystać. Posiałem więc nasiona, a ty każdego dnia podlewałeś je po trochu. Ściąłem już dziesiątki róż, które zdobiły mój dom, a moja żona i moje dzieci mogły jeść sałatę, kapustę i cebulę, które urosły dzięki twojej pracy. Gdybyś nie był taki jaki jesteś, nigdy nie miałbym tego, co mam.
Dlaczego Bóg stworzył człowieka dopiero szóstego dnia?
Grupa mędrców spotkała się pewnego dnia na zamku w Akabarze, aby rozprawiać nad dziełem Boga. Chcieli dowiedzieć się , dlaczego Bóg stworzył człowieka dopiero szóstego dnia.
- Pragnął najpierw uporządkować wszechświat, abyśmy mieli wszystkie jego cuda do naszej dyspozycji - powiedział jeden z mędrców.
- Chciał najpierw sprawdzić, jak mu się powiedzie ze zwierzętami, aby z nami nie popełnić tych samych błędów- twierdził inny.
Na spotkaniu pojawił się pewien mądry żyd, któremu przedstawiono temat dysputy.
- Jak myślisz, dlaczego Bóg stworzył człowieka dopiero ostatniego dnia?
- To bardzo proste - odparł mędrzec. - Uczynił tak dlatego, abyśmy za każdym razem, kiedy nasza duma jest urażona, mogli przypomnieć sobie, że w Boskim planie nawet mniejszy komar miał przed nami pierwszeństwo.
Opowieść o tratwie.
Pewien człowiek w trakcie długiej podróży dotarł nad rzekę. Spojrzał na nią i rzekł do siebie:
- Droga po tej stronie rzeki jest niebezpieczna i pełna przeszkód. Drugi brzeg wygląda na łatwiejszy do dalszej podróży. Jak jednak przeprawić się na tamten brzeg??
Po czym rozejrzał się dookoła i doszedł do wniosku, że może zbudować tratwę. Zrobił ją z gałęzi i trzciny. Po czym wsiadł na nią i bezpiecznie przepłynął rzekę.
Kiedy był już na drugim brzegu pomyślał:
- Tratwa okazała się dla mnie bardzo przydatna, nie powinienem jej porzucać na brzegu. Zbutwieje i zniszczeje. Zabiorę ją ze sobą.
Wziął ja na plecy i podążył w dalszą drogę. Z niepotrzebnym ciężarem na plecach....
Wodospad na rzece Luliang
Konfucjusz przyglądał się wodospadowi na rzece Luliang.
Spada on z wysokości dwustu stóp, a wytwarzana przezeń piana dociera na odległość 15 mil.
Żadne, nawet pokryte łuskami stworzenie nie zdoła przetrwać w takich warunkach.
Konfucjusz ujrzał tam starca wchodzącego pod strumień wody.
Myśląc, że starzec popadł w tarapaty i zamierza zakończyć żywot,
Konfucjusz nakazał jednemu z uczniów by pobiegł brzegiem i spróbował go uratować.
Starzec wynurzył się jakieś sto kroków dalej i z włosami ociekającymi wodą
Ruszył brzegiem radośnie śpiewając.
Konfucjusz poszedł za nim, a gdy go dogonił, zapytał:
Sądziłem Panie, że jesteś duchem, lecz teraz widzę przed sobą człowieka.
Powiedz mi proszę z łaski swojej, jaki masz sposób na to, by tak sobie radzić z wodą?
Nie mam żadnego sposobu - odparł starzec. Zanurzam się w wir i z nim razem się wynurzam.
Dostosowuję się do wody, a nie wodę do siebie. Tak oto sobie z nią radzę.
Dlaczego tutaj jestem?
Pewien derwisz przybył do bram raju w dniu swojej śmierci. Przepełniony zachwytem i radością zapytał odźwiernego:
- Dlaczego tutaj jestem? Czy dlatego, że wiele się modliłem w ciągu całego życia?
- Nie, nie – odpowiedział mu odźwierny z uśmiechem.
- Czy zatem dlatego, że wiele pościłem?
- W żadnym razie. Nie jesteś tu również z tego powodu.
- Dlaczego więc znalazłem się tutaj?
- Cóż, powiem ci dlaczego. Pewnej zimowej bardzo chłodnej nocy, w Bagdadzie przygarnąłeś małą porzuconą kotkę. Ogrzałeś ją swoim płaszczem i nakarmiłeś tym co miałeś. I jesteś teraz u bram raju dlatego, że ulżyłeś jej cierpieniom.
Bratek w ogrodzie króla.
Król poszedł do swego ogrodu i zastał tam więdnące i umierające drzewa, krzewy i kwiaty. Dąb powiedział mu, że umiera, gdyż nie może być tak wysoki jak sosna. Gdy zwrócił się do sosny, dowiedział się, że więdnie ona, gdyż nie może znieść, że nie ma takich winogron jak winorośl. A winorośl umiera, ponieważ nie może kwitnąć jak róża.. W końcu znalazł jedną roślinę kwitnącą i świeżą – był to bratek. Na swoje pytanie król otrzymał taką odpowiedź:
- Uznałem, że gdy mnie posadziłeś, chciałeś, żebym to ja wyrósł. Gdybyś chciał dąb, winorośl czy różę, posadziłbyś je. A więc pomyślałem: jeśli mogę być tym, czym jestem, spróbuję być tym jak najlepiej potrafię. Nie mogę być nikim innym, tylko tym czym jestem. I staram się być tym czym jestem, na tyle, na ile potrafię.
Zamęt umysłu.
Gdzieś na Bliskim Wschodzie żył pewien król, który ciągle miotał się między szczęściem a zgryzotą. Najdrobniejsza rzecz mogła wywołać w nim wielki niepokój lub sprowokować go do gwałtownej reakcji, a poczucie szczęścia szybko zmieniało się w rozczarowanie i rozpacz. Przyszedł czas, gdy król w końcu zmęczył się samym sobą i swoim życiem i zaczął szukać drogi wyjścia z tej sytuacji. Wezwał do siebie mędrca, który mieszkał w jego królestwie i cieszył się opinią człowieka oświeconego. Gdy przybył, król oświadczył: „Chcę być taki jak ty. Czy możesz dać mi coś, co sprawi, że w moim życiu nastanie harmonia, spokój i mądrość? Zapłacę każdą cenę, jakiej zażądasz”.
Mędrzec odparł: „Mogę ci pomóc. Ale cena byłaby tak wysoka, że całe twoje królestwo by nie wystarczyło, abyś mógł ją zapłacić. Dam ci to więc w podarunku, jeśli tylko zechcesz ją przyjąć”.
Król wyraził zgodę i mędrzec odszedł.
Po kilku tygodniach wrócił i wręczył królowi piękną szkatułkę zdobioną nefrytami. Król otworzył ją i znalazł w środku tylko prosty zloty pierścień. Był na nim wygrawerowany napis: „To też przeminie”. „Co to znaczy?” - spytał król. Mędrzec odparł: Stale noś ten pierścień I cokolwiek się wydarzy, zanim nazwiesz to złym lub dobrym dotknij pierścienia i przeczytaj ten napis. Dzięki temu będziesz spokojny”.
O zaletach bezużyteczności.
Lao Tzu podróżował ze swoimi uczniami. Weszli do lasu, gdzie drwale ścinali drzewa. Prawie cały las był ścięty, z wyjątkiem jednego, wielkiego drzewa z tysiącami konarów. Było tak ogromne, że tysiąc ludzi mogłoby usiąść w jego cieniu. Lao Tzu poprosił uczniów, aby poszli i zapytali drwali, dlaczego to drzewo nie zostało ścięte, skoro wycięto cały las.
Uczniowie poszli i zapytali drwali:
- Dlaczego nie ścięliście tego drzewa?
- To drzewo jest całkiem bezużyteczne – odpowiedzieli drwale. W każdym konarze ma tyle sęków, że nic nie można z niego zrobić. Nic w nim nie jest proste. Nie można z niego zrobić słupów, ani mebli. To drzewo jest zupełnie bezużyteczne, to jest przyczyna.
Uczniowie wrócili. Lao Tzu zaśmiał się i rzekł:
- Bądź jak to drzewo. Jeśli chcesz przeżyć w tym świecie, bądź jak to drzewo, całkiem bezużyteczny, a nikt cię nie skrzywdzi. Jeśli będziesz prosty, zetną cię, staniesz się meblem w czyimś domu. Jeśli będziesz piękny sprzedadzą cię na targu, staniesz się towarem. Bądź jak to drzewo, całkiem bezużyteczny, a wyrośniesz wielki, rozłożysty, tysiące ludzi znajdzie cień przy tobie. Więc żyj i ciesz się, zapomnij o przydatności. Pozostań wierny sobie.
Zaklinacz deszczu.
W pewnej wiosce nie padało od wielu tygodni. Nie pomagały ani modlitwy, ani zaklęcia. Zrozpaczeni mieszkańcy posłali w końcu po słynnego zaklinacza deszczu. Kiedy przybył powiedział:
- Dajcie mi chleba i wody na kilka dni oraz chatę, do której mógłbym się usunąć.
Po trzech dniach spadł deszcz. Uradowani mieszkańcy poszli do zaklinacza spytać jak tego dokonał. A on tak im odpowiedział:
- Gdy przyszedłem do waszej wsi, poczułem, że panuje tu nieporządek, który powstał z nieuczciwości i wrogości. Dlatego poszedłem do chaty, którą mi daliście, i zaprowadziłem porządek w sobie. A gdy we mnie był porządek, wtedy w was zapanował porządek. Gdy w was był porządek, wtedy w przyrodzie zapanował porządek. A gdy w przyrodzie znów był porządek wtedy spadł deszcz.
Sztuka władania mieczem.
Pewien młodzieniec udał się do mistrza sztuk walki i zwrócił się do niego.
- Mistrzu, chciałbym uczyć się sztuki walki mieczem. Ile czasu będę musiał na to poświęcić?
- Dziesięć lat – odparł mistrz.
- Ależ to za długo! Nie będę miał tyle czasu, aby...
- A zatem – dwadzieścia lat.
- Ależ to o wiele za długo! - wykrzykną młodzieniec.
- A zatem trzydzieści lat!
Wielki ciężar.
Dwóch wędrownych mnichów dotarło do miasta. Napotkali młodą kobietę, która nie mogła wysiąść ze swojej lektyki. Deszcze utworzyły wielkie kałuże i kobieta nie mogła przez nie przejść, ponieważ nie chciała zabrudzić swoich jedwabnych szat. Stała tam i wyglądała na zniecierpliwioną i bardzo złą. Rugała swoich służących, a ci, obarczeni jej pakunkami, których nie mieli gdzie odłożyć, nie mogli jej pomóc przedostać się przez kałuże. Młody mnich spojrzał na kobietą i minął ją bez słowa. Starszy szybko ją podniósł, wsadził sobie na plecy, przeniósł przez wodę i postawił po drugiej stronie. Kobieta nie podziękowała mnichowi, tylko odepchnęła go z drogi i odeszła.
Mnisi udali się w dalszą wędrówkę, a młodszy z nich pogrążył się w rozmyślaniach. Po kilku godzinach, nie mogąc już zachować milczenia, przemówił:
- Tamta kobieta była bardzo samolubna i niegrzeczna, ale ty ją wziąłeś na plecy i przeniosłeś! A ona nawet ci nie podziękowała!
- Ja tę kobietę odstawiłem wiele godzin temu – odrzekł starszy mnich – Dlaczego ty ją ciągle nosisz?
Kamień uważności.
Pewien człowiek wie, że na świecie istnieje kamień zdolny przemienić przez samo dotknięcie żelazo w złoto. Postanawia go odnaleźć. Przepasuje się w pasie łańcuchem i wyrusza w drogę. Podnosi każdy napotkany kamień i uderza nim w łańcuch. Żelazo pozostaje żelazem, a on on wyrzuca kamień. Podnosi następny, uderza i wyrzuca. I tak przez kolejne tygodnie, miesiące – coraz mniej uważnie. Aż któregoś dnia zatrzymuje go jakieś dziecko
- Ej stary, gdzie znalazłeś ten piękny złoty łańcuch?
Mężczyzna patrzy na łańcuch. Naprawdę stał się złoty! Ale który z tysięcy podniesionych i odrzuconych kamieni okazał się tym właściwym.
Magiczna czara żebracza.
Żebrak puka do drzwi cesarza. Cesarz wychodzi na poranny spacer do swego ogrodu. Kiedy indziej trudno byłoby żebrakowi uzyskać audiencje. Ale tu nikt nie może przeszkodzić.
- Czego chcesz? - cesarz pyta żebraka.
- Zanim o to zapytasz pomyśl dwa razy! - ten odpowiada.
Cesarz nigdy nie widział tak odważnego człowieka; walczył na wojnach, odnosił zwycięstwa, udowodnił ze nikt od niego nie jest potężniejszy, a tu nagle żebrak powiada mu pomyśl dwa razy, co chcesz powiedzieć bo możesz tego nie spełnić!
- Nie martw się to moja sprawa; proś o co chcesz a będzie to spełnione!
- Widzisz moją misę żebraczą? Chcę by została napełniona. Nieważne czym, warunek jeden, by została napełniona.
Wciąż możesz odmówić, ale jeśli zgodzisz się, ryzykujesz.
Cesarz roześmiał się. Misa żebraka… jeszcze go ostrzega? Powiedział premierowi by napełnił misę żebraka diamentami.
- Pomyśl dwa razy - znów powiada żebrak.
Wkrótce okazało się, ze żebrak ma rację, bo gdy tylko wsypywano diamenty do jego misy, znikały. Wieść rozeszła się po stolicy, tysiące ludzi przybyło, by to zobaczyć.
Skończyły się cenne kamienie, władca powiada więc: "Przynieście całe złoto i srebro, wszystko! Wyzwanie postawiono mojemu królestwu i godności". Do wieczora wszystko zniknęło i pozostali tylko dwaj żebracy; jeden z nich był kiedyś cesarzem.
- Nim poproszę cię o wybaczenie za to, że nie posłuchałem ostrzeżenia, proszę zdradź mi tajemnicę tej misy.
- Nie ma żadnej tajemnicy- rzekł żebrak. To ludzka czaszka, polerowałem ją aby wyglądała jak misa.
- Cokolwiek do niej włożysz zniknie.
Czy kiedykolwiek pomyślałeś o swej misie żebraczej? Wszystko znika, władza, prestiż, szacunek, bogactwa.
Wszystko znika , a twoja misa żebracza ciągle domaga się czegoś więcej. I to więcej, odciąga cię od tego co jest. Pragnienie, tęsknota za czymś innym, zabiera cię z chwili, która jest teraz.
Natura Duszy.
Pewien król idzie do lasu do sławnego risziego.
- Powiedz mi, jaka jest natura Duszy („Ja”)? - pyta
Starzec patrzy na niego i milczy.
Król powtarza pytanie. Riszi milczy. Król pyta jeszcze raz, ale mędrzec nadal nic nie mówi.
Król wścieka się i krzyczy.
- Pytam a ty nie odpowiadasz!
Odpowiedziałem ci trzy razy, ale ty nie słuchasz - mówi spokojnie riszi.
Istota mocy człowieka.
Bogowie starali się znaleźć miejsce na ukrycie Mocy, żeby ludzie nie mogli czerpać z tej wszechpotężnej siły...
Jeden z bogów proponował ukryć ją na szczycie wysokiej góry, drugi bóg jednak przestrzegał, że prędzej czy później człowiek i tak wejdzie na górę i zawładnie Mocą. Inny bóg radził ukryć Moc w głębinach morskich, ale i ten projekt zakwestionowano tłumacząc, że człowiek znajdzie sposób na nurkowanie w głębinach. Jeszcze inny bóg sugerował ukrycie Mocy głęboko pod ziemią, ale i ten zamysł odrzucono dowodząc, że człowiek się do niej dokopie.
Aż w końcu pewien stary, mądry bóg zaproponował:
- Zamknijmy Moc w głębi samego człowieka. Człowiekowi nigdy nie przyjdzie do głowy, by właśnie tam zajrzeć
I tak też uczyniono.
Sokół.
Pewnego dnia sokół przelatując nad wsią widzi rybę wypływającą na powierzchnię stawu. Pikuje w jej kierunku, łapie w dziób i odlatuje. Stado kruków, które śledziło tę scenę, rzuca się na niego i próbuje wyrwać mu zdobycz. Jest ich dużo, bezczelnych i hałaśliwych. Dołączają do nich inne. Sokół próbuje wzbić się w powietrze, ale kruki go opadają, atakują, dziobią, nie dają mu wytchnąć.
Kiedy do sokoła dociera, że to wszystko spotyka go dlatego, że wciąż trzyma zdobycz, wypuszcza ją.
Kruki rzucają się na rybę, a sokół odlatuje, lekki i swobodny. Nic ani nikt mu nie przeszkadza, ani go nie napastuje. Wreszcie może wznosić się coraz wyżej, w stronę nieskończoności. Jest wolny. Jest spokojny.
Szczęście wieśniaka.
Był sobie kiedyś stary wieśniak, który od wielu lat uprawiał swoją rolę. Pewnego dnia uciekł mu koń. Na tę wieść do wieśniaka przyszli z wizytą sąsiedzi.
- Co za pech – powiedzieli pełni współczucia.
- Może - odrzekł im wieśniak.
Następnego ranka koń wrócił i przyprowadził dwa dzikie rumaki.
- Co za szczęście! – wykrzyknęli sąsiedzi.
- Może – odrzekł wieśniak.
Nazajutrz jego syn próbował ujeździć jednego z nieposkromionych koni. Rumak zrzucił chłopaka i ten złamał sobie nogę.
Znowu przyszli sąsiedzi okazać swoje współczucie dla nieszczęścia wieśniaka.
- Taki pech – powiedzieli.
- Może – odrzekł wieśniak.
Następnego dnia w wiosce zjawili się urzędnicy poborowi, żeby wcielić do armii młodych mężczyzn, którzy mieli walczyć na wojnie. Kiedy zobaczyli, że syn wieśniaka ma złamaną nogę zostawili go w domu.
- Co za szczęście – zakrzyknęli sąsiedzi.
- Może – odpowiedział wieśniak.
Lichwiarz.
Guru Nanak pewnego dnia przybywa do jakiejś wioski. Widzi piękny dom z wieloma chorągwiami, trzepoczącymi przy wejściu. Mówią mu, że mieszka tu najbogatszy człowiek w okolicy, który udziela pożyczek. Za każdym razem, kiedy odstawia na bok kolejną skrzynię pełną monet, wywiesza następną flagę i wydaje przyjęcie. Guru Nanak idzie do jego domu i pyta, czy również jemu mogą dać coś do jedzenia. Gospodarz, rozpoznając w nim świętego człowieka, każe mu przynieść jedzenie i picie. Posiliwszy się Guru Nanak pyta lichwiarza, czy może mu oddać przysługę.
- Oczywiście – mówi tamten, szczęśliwy, że zrobi dobry uczynek i w ten sposób uzyska zasługi dla swojej karmy. - Uczynię, co zechcecie.
Guru Nanak wyciąga z worka zardzewiałą metalową spinkę.
- Zatrzymaj to dla mnie w depozycie. Oddasz mi, kiedy spotkamy w następnym życiu.
- Obiecuję – mówi lichwiarz. I nie każę wam nawet płacić.
Guru Nanak rusza w dalszą drogę, a mężczyzna idzie do żony , żeby powiedzieć, co się stało.
- Głupcze – mówi kobieta. Jak zamierzasz dotrzymać obietnicy? Kiedy umrzesz nie będziesz mógł nic ze sobą zabrać, również tej spinki!
Mężczyzna pojmuje. Biegnie za świętym człowiekiem, rzuca się mu do stóp i błaga, żeby mógł za nim podążać jako uczeń.